Kto z nas choć raz nie marzył o tym, by wygrać w Lotto. Dziesięć milionów złotych brzmi jak rozwiązanie wszystkich problemów i przepustka do życia bez ograniczeń. Ale historia zna też drugą stronę medalu – „klątwę milionera”, czyli przypadki osób, które fortunę straciły szybciej, niż zdążyły się nią nacieszyć.
Na podstawie pewnej hipotetycznej historii zobaczymy, jak można w mądry sposób zagospodarować wygraną w Lotto, aby już nigdy nie musieć martwić się o finanse. Sprawdzimy też, czy miliony rzeczywiście dają szczęście i wolność finansową na całe życie.
Wielka wygrana
W pewnym podkrakowskim domu żyła rodzina Nowaków. W niedzielne, deszczowe popołudnie Ania i Marek oglądali film na Netflixie. Film był dość przeciętny, więc Ania zerkała co chwilę na telefon. Nagle wyskoczył jej artykuł z lokalnego portalu o tym, że w ich kolekturze padła główna wygrana – 10 mln złotych. „Szczęściarz” – pomyślała, po czym wróciła do oglądania, widząc lekkie poirytowanie męża, że zamiast śledzić film znów przegląda telefon.
Przez resztę filmu nie mogła jednak przestać myśleć o tym, co zrobiłaby z taką kwotą pieniędzy. Pierwsze, co przyszło jej do głowy, to rzucenie pracy i wyjazd na kilka miesięcy do Japonii, o którym marzyła od lat. Przypomniał jej się też domek w górach z wielką przeszkloną ścianą i widokiem na Tatry, nowy samochód, może ogromny telewizor. Po chwili potrząsnęła głową i postanowiła wrócić do rzeczywistości.
Wieczorem, gdy planowała kolejny tydzień, z kuchni dobiegł dźwięk tłuczonego talerza. Pomyślała, że znowu Marek coś zbił przy kolacji, więc nawet nie oderwała się od notatnika. Po chwili jednak usłyszała krzyk.
– Anka, wygraliśmy!
Zeszła po schodach i zobaczyła, że w salonie panuje kompletny chaos. Dzieci podskakiwały z radości, Ola – starsza córka – krzyczała, że wszystkie liczby się zgadzają, a Marek stał z otwartymi ustami, trzymając w ręku kupon Lotto. Na ekranie telefonu widniał zestaw tych samych liczb. Ania patrzyła na wszystkich osłupiała. Gdy sama sprawdziła wyniki po raz setny, dotarło do niej, że to prawda. Wygrali 10 mln złotych.
Szok i euforia – psychologia nagłej wygranej
Ania była tym bardziej zaskoczona, ponieważ jej mąż nigdy nie miał zwyczaju grać w Lotto. Gdy sama czasem wysyłała kupon, Marek śmiał się, że to podatek od marzeń. Kiedyś nawet policzył jej prawdopodobieństwo trafienia szóstki – 0,0000072%. Tłumaczył to wtedy obrazowo, że trzeba by wypełnić po brzegi 240 Stadionów Narodowych w Warszawie, w każdym po 58 tysięcy osób, czyli razem około 14 milionów ludzi, i wybrać z nich jedną. Tak niewielka jest szansa na wygraną.
Okazało się jednak, że tym razem szczęście uśmiechnęło się właśnie do nich. Marek przyznał, że w piątek, idąc po prezent urodzinowy dla syna, przeszedł obok punktu Lotto i zupełnie spontanicznie postanowił skreślić liczby. Wybrał dni urodzin wszystkich członków rodziny, datę ślubu i ich pierwszego spotkania.
Tego wieczoru w domu Nowaków emocje sięgały zenitu. Najpierw pojawił się szok i niedowierzanie, potem euforia, radość i wizja rozwiązania wszystkich problemów finansowych. Dzieci wymieniały coraz bardziej wymyślne pomysły na wydatki, Marek mówił o Tesli Model X Plaid, a w głowie Ani zaczęły pojawiać się pierwsze obawy. Cieszyła się, ale coraz mocniej czuła też niepokój.
Przypomniała sobie artykuły o ludziach, którzy po ogromnych wygranych stracili wszystko i kończyli z niczym. W jednym z nich czytała o „klątwie milionera”, według której aż 70% zwycięzców bankrutuje w ciągu kilku lat. Zaczęła się zastanawiać, jak zareagują sąsiedzi i znajomi, czy rodzina nie zacznie czegoś oczekiwać, a może sami zbyt łatwo ulegną pokusom i wydadzą majątek na rzeczy drogie w utrzymaniu.
Podzieliła się swoimi obawami z Markiem i dziećmi. Marek przyznał, że też słyszał o tej „klątwie”, ale wyjaśnił, że agencja NEFE, której przypisywano te dane, nigdy nie przeprowadziła takich badań. To internetowy mit, który przetrwał w mediach mimo sprostowań. Dodał jednak, że sama idea przestrogi ma sens, bo istnieje coś takiego jak efekt „pieniędzy z nieba”. Ania dobrze wiedziała, o co chodzi, ale dla dzieci Marek wytłumaczył, że ludzie, którzy dostają pieniądze bez wysiłku, często szybciej je wydają i podejmują większe ryzyko. Zamiast inwestować rozsądnie, kupują dobra luksusowe i żyją tak, jakby fortuna miała się nigdy nie skończyć. Kilka milionów można roztrwonić szybciej, niż się wydaje – powiedział spokojnie.
Postanowili więc, że przez tydzień – dopóki nie opadną emocje – nie wydadzą ani złotówki ponad to, co naprawdę potrzebne. Ania zgodziła się bez wahania, dzieci trochę marudziły, ale ostatecznie przekonała je wizja dnia wolnego od szkoły. Rodzice także zdecydowali się wziąć urlop, żeby ochłonąć po emocjach i na spokojnie pomyśleć, co dalej.
Czy można żyć tylko z kapitału 10 mln zł?
Tej nocy emocje były zbyt duże, by zasnąć. Ania i Marek długo rozmawiali o tym, co zrobić z wygraną. W głowie Ani pojawiła się myśl, że zamiast wydawać pieniądze, lepiej byłoby je zainwestować i żyć z odsetek. Przypomniała sobie artykuł, w którym czytała, że do życia z inwestycji i osiągnięcia wolności finansowej wcale nie potrzeba dziesięciu milionów złotych. Zaczęła więc snuć wizję, w której oboje mogą pracować tylko tyle, ile chcą, i robić w życiu to, na co naprawdę mają ochotę.
Marek podchodził do sprawy ostrożnie. Martwił go fakt, że nie mają żadnego doświadczenia w inwestowaniu. Ania jednak przypomniała mu o kontach dla dzieci założonych na Portu. Od miesięcy wpłacali tam po 200 zł miesięcznie, a mimo niewielkich kwot kapitał systematycznie rósł. Czasem szybciej, czasem wolniej, ale trend był wyraźnie wzrostowy. Uznała, że skoro niewielkie oszczędności tak dobrze pracują, to dlaczego nie zrobić tego samego z wygraną – zainwestować pasywnie i globalnie.
Weszli na stronę firmy i przeczytali, że w ostatniej dekadzie średnia stopa zwrotu portfela akcyjnego na Portu przekraczała 10% rocznie, więc szybko policzyli, że 10% z 10 milionów to 1 mln złotych rocznie. Perspektywa życia z samego kapitału brzmiała kusząco. Po długiej dyskusji w końcu zasnęli z głowami pełnymi planów.
Następnego ranka, przy śniadaniu, Marek przypomniał sobie o swoim dawnym znajomym z liceum. Kamil pracował dziś jako doradca klienta i obsługiwał zamożnych klientów w banku. Marek wybrał jego numer. Po kilku sygnałach Kamil odebrał, zaskoczony tym niespodziewanym telefonem po latach. Domyślił się więc, że Marek nie dzwoni z czystej ciekawości.
Mam pewną kwotę do zainwestowania – powiedział Marek. – Dość sporą. Chciałbym się spotkać i porozmawiać o możliwościach.
Kamil odparł, że z przyjemnością, ale czas znajdzie dopiero w piątek. Poprosił jednak, żeby do tego czasu zastanowili się nad kilkoma pytaniami.
- Jaki jest wasz cel i horyzont inwestycyjny. Czy te środki mają służyć codziennym wydatkom, zapewnieniu emerytury czy przyszłości dzieci. To od tego zależy, w jakie aktywa warto lokować kapitał.
- Jaki macie stosunek do ryzyka. Czy jesteście gotowi na okresowe spadki wartości inwestycji, jeśli w długim terminie dają one większy potencjał zysku, czy wolicie stabilność kosztem niższych stóp zwrotu.
- Czy macie odłożoną poduszkę bezpieczeństwa w płynnych aktywach, by nie trzeba było sięgać do inwestycji przy nieprzewidzianych wydatkach.
- Czy spłaciliście wszystkie kredyty konsumenckie, których koszt zwykle przewyższa potencjalny zysk z inwestycji.
Po rozmowie Marek przekazał wszystko Ani. Usiadł z nią przy stole, wzięli kartkę i długopis, a po chwili dołączyły dzieci. Okazało się, że planowanie przyszłości może być całkiem dobrą zabawą.
Planowanie portfela inwestycyjnego
Policzyli, że po zapłaceniu podatku zostanie im 9 mln zł. Pomyśleli z ulgą, że dobrze, iż wygrali jeszcze w 2025 roku, bo od przyszłego roku podatek od wygranych ma wzrosnąć do 15%. Po spłaceniu kredytu hipotecznego i kilku mniejszych zobowiązań – za samochód, robota sprzątającego czy sprzęt do siłowni – zostanie im około 8,3 mln zł. 200 tys. zł postanowili przeznaczyć na fundusz przyjemności, który sfinansuje podróże i wspólne małe marzenia. Marek zrezygnował z pomysłu zakupu Tesli, uznając, że byłby to niepotrzebny luksus, skoro ich obecne auto wciąż świetnie się sprawuje. 100 tys. zł przeznaczyli na finansową poduszkę bezpieczeństwa, którą ulokują na rezerwie inwestycyjnej, gdzie środki będą łatwo dostępne, ale oprocentowane.
Potem przyszedł czas na kluczową decyzję – jaką kwotę miesięcznie wypłacać z wygranego kapitału. Dyskusje trwały długo, ale ostatecznie ustalili, że około 5 tys. zł miesięcznie wystarczy jako wsparcie budżetu domowego. Uznali, że rzucenie pracy byłoby błędem, a taka suma da im poczucie komfortu i bezpieczeństwa. Z ich obliczeń wynikało, że aby generować taki dochód netto przy stopie zwrotu na poziomie 5% rocznie, potrzebują około 1,5 mln zł ulokowanych w bezpiecznych instrumentach, generujących stałe przepływy pieniężne.
Zostało im więc do ulokowania 6,5 miliona. Postanowili przeznaczyć te środki na dwa główne cele – swoją przyszłość i przyszłość dzieci. Ania, która regularnie czyta Magazyn Portu, przypomniała sobie artykuł o tym, że im dłuższy horyzont inwestycyjny, tym większy potencjał rynku akcji. Pokazała też wykres z tego artykułu pokazujący, jak w ostatnich latach zachowywały się globalne rynki akcji w porównaniu z gotówką i lokatami.
Skoro do emerytury mieli jeszcze około dwudziestu lat, uznali, że mogą pozwolić sobie na większą zmienność. 5 mln zł postanowili ulokować na rynku akcji. Liczą, że dzięki temu ich kapitał wzrośnie na tyle, że w przyszłości będą mogli żyć godnie wyłącznie z odsetek, a resztę przekazać dzieciom w spadku.
Dla dzieci przygotowali osobny plan inwestycyjny. Ponieważ ich córka miała 12 lat, a syn 8, przyjęli horyzont 6-10 lat. Ania przypomniała, że im krótszy okres inwestycji, tym większy udział stabilnych aktywów, dlatego zaproponowała, by portfel podzielić po równo – połowę w akcjach, połowę w obligacjach. Wyjaśniła, że część akcyjna daje potencjał wzrostu, a obligacyjna stabilizuje wynik. Marek uśmiechnął się i powiedział, że chyba naprawdę powinien częściej czytać ten magazyn, bo wygląda na to, że telefon do Kamila wcale nie był potrzebny.
Rozmowa z ekspertem
Kamil po piątkowej kolacji u Nowaków wysłuchał ich planów i wybuchnął śmiechem. Stwierdził, że chyba niepotrzebnie przyszedł, bo Ania ma wystarczającą wiedzę, by inwestować samodzielnie. Mimo to postanowił dać im kilka wskazówek, które pomogą uniknąć najczęstszych błędów przy budowie portfela inwestycyjnego.
Zaczął od kwestii dywersyfikacji. Wytłumaczył, że wielu inwestorów w Polsce ma tzw. home bias, czyli nadmierne skupienie na rodzimym rynku. To może być ryzykowne, bo w razie kryzysu lub napięć geopolitycznych lokalne aktywa mogą ucierpieć znacznie bardziej niż globalne. Dlatego warto mieć ekspozycję także na rynki zagraniczne – amerykański, europejski czy wschodzące. Dodał, że równie ważna jest dywersyfikacja sektorowa. Zbytnie skupienie na jednym sektorze, zwłaszcza tym chwilowo modnym, potrafi mocno zaboleć, gdy przyjdzie korekta.
Nie goni się za „gorącymi tematami” – powiedział. – Bo to, co dziś błyszczy, jutro może mocno stracić na wartości.
Marek zapytał o kryptowaluty, które w ostatnich latach pojawiały się w niemal każdej rozmowie o inwestowaniu. Kamil przyznał, że sam ma ich niewielką część w portfelu – maksymalnie 5% – ale traktuje je jako bardzo ryzykowny dodatek. Wyjaśnił, że ich kapitalizacja jest dziś ogromna, więc trudno oczekiwać takich samych wzrostów jak dekadę temu. Nie wiadomo też, które projekty przetrwają następne dwadzieścia lat. – Jeśli celem jest zabezpieczenie emerytury, lepiej trzymać się globalnych akcji.
Po chwili dodał, że podobnie zmienne bywa złoto. Wbrew pozorom nie jest ono tak bezpieczne, jak mogłoby się wydawać. Przypomniał, że w historii zdarzały się długie okresy, w których cena złota stała w miejscu lub spadała przez całe dekady. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych inwestorzy, którzy kupili kruszec na szczycie, musieli czekać prawie trzydzieści lat, by znów wyjść na zero. Dlatego lepiej traktować je jako uzupełnienie portfela, a nie jego fundament – podsumował.
Kamil przeszedł do ETF-ów, tłumacząc, że to najprostszy sposób na szeroką dywersyfikację i pasywne inwestowanie. Wtedy Ania z uśmiechem przerwała mu i powiedziała, że mogą pominąć ten fragment, bo w tym tygodniu czytali już o tym artykuł.
Przy portfelu 50/50 zwrócił uwagę na rebalancing. Z czasem proporcje między akcjami a obligacjami będą się zmieniać, dlatego co jakiś czas warto je wyrównywać. Jeśli rynek akcji mocno wzrośnie i portfel stanie się zbyt „akcyjny”, należy sprzedać część akcji i dokupić obligacji. – Na Portu można to ustawić automatycznie – przypomniał – więc nie trzeba o tym nawet pamiętać.
Następnie Kamil przeszedł do części obligacyjnej. W przypadku obligacyjnej części portfela kluczowe jest unikanie zbyt długiego duration – zaczął. Obligacje o terminie wykupu za dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści lat są szczególnie wrażliwe na wzrost stóp procentowych. Nawet zmiana rentowności o sto punktów bazowych może przełożyć się na spadek ich wartości o kilka do kilkunastu procent, zwłaszcza w segmencie papierów długoterminowych.
Ania i Marek spojrzeli na siebie bez słowa. Kamil zauważył ich miny i po chwili sam się roześmiał. Wiem, zabrzmiało to jak z podręcznika ekonomii – powiedział Kamil. Mówiąc prościej – jeśli chcecie, żeby ta część portfela była stabilna i przewidywalna, postawcie na fundusze obligacji krótkoterminowych. Inwestują w papiery, które wygasają w ciągu kilku lat, więc reagują dużo łagodniej na zmiany stóp procentowych. Dzięki temu portfel zachowuje się stabilniej. Unikajcie za to funduszy długoterminowych – mogą wyglądać bezpiecznie, ale przy podwyżkach stóp potrafią mocno tracić na wartości.
Marek zapytał, co jeszcze mogliby zrobić z tą częścią kapitału, z której chcą wypłacać około 5% rocznie. Kamil przyznał, że lepiej unikać klasycznych lokat, bo w razie bankructwa banku straciliby wszystko powyżej równowartości 100 tys. euro. Zamiast tego zasugerował, by tę „bezpieczną” część ulokować w:
- funduszach obligacji krótkoterminowych,
- ETF-ach dystrybuujących dywidendy, np. na spółki z USA lub Europy o stabilnych wypłatach (tzw. dividend aristocrats),
- spółkach dywidendowych o ugruntowanej pozycji.
Wyjaśnił, że takie rozwiązanie może zapewnić im regularny przepływ gotówki, zbliżony do 4–5% rocznie, przy znacznie mniejszym ryzyku niż w przypadku agresywnych inwestycji.
Na koniec Kamil przypomniał im, że jako nowi milionerzy mogą być bardziej podatni na różne pokusy. – Gdy ludzie wiedzą, że macie pieniądze, nagle pojawia się mnóstwo „pewnych okazji” inwestycyjnych. Nie ma zysku bez ryzyka. Jeśli coś brzmi zbyt dobrze, żeby było prawdziwe, to pewnie takie właśnie jest – dodał.
Pożegnał się, obiecując, że w razie potrzeby zawsze mogą do niego zadzwonić. Gdy wyszedł, Ania i Marek spojrzeli na siebie z lekkim uśmiechem. Po raz pierwszy od kilku dni czuli spokój – wiedzieli już, że ich fortuna ma szansę nie tylko przetrwać, ale też rosnąć.
Happy end
Nowakowie skonstruowali swój portfel zgodnie ze swoim planem i wskazówkami od Kamila. Byli zaskoczeni, że na niemal każde pytanie mogli znaleźć odpowiedź w encyklopedii wiedzy finansowej, wpisując odpowiednie hasło w lupce.
W kolejnych latach wygrana znacząco poprawiła jakość ich życia. Kapitał dał im poczucie bezpieczeństwa, stabilności i wolności wyboru. Mogli pozwolić sobie na częstsze podróże, prywatne lekcje muzyki dla dzieci, korepetycje i kursy językowe. Ania zapisała się na studia podyplomowe, a Marek spełnił swoje marzenie o małej pracowni stolarskiej w garażu.
Choć wydawali więcej niż przed wygraną, dzięki mądremu ulokowaniu kapitału ich majątek wciąż rósł – i rósłby nawet wtedy, gdyby oboje przestali pracować. Osiągnęli wolność finansową i mogli żyć z samego kapitału. Wiedzieli jednak, że pieniądze nie zastąpią im codziennej satysfakcji i poczucia celu.
Dlatego nadal pracowali, choć mniej i spokojniej, robiąc to, co lubią. Ania czuła radość z nauki i kontaktu z ludźmi, Marek lubił swoje projekty i klientów. Mieli czas dla siebie, dla dzieci i dla przyjaciół. Wiedzieli, że ich wygrana nie była początkiem lenistwa, lecz początkiem prawdziwej wolności – tej, w której to oni decydują, jak wygląda ich każdy dzień.
Podsumowanie
Wygrana na loterii potrafi być zarówno błogosławieństwem, jak i pułapką. Wiele osób traci fortunę szybciej, niż zdoła się nią nacieszyć, zderzając się z rzeczywistością, gdy pieniądze się kończą. Historia Nowaków to oczywiście nie opis prawdziwych wydarzeń, a przykład hipotetyczny, który pokazuje, że może być inaczej. Wygrana, spadek czy inny nagły zastrzyk gotówki mogą stać się początkiem finansowej wolności – jeśli ulokujemy je mądrze. Wystarczy, by te pieniądze nie były chwilową pokusą, lecz kapitałem, który zacznie pracować dla nas. Tak naprawdę nie potrzebujemy 10 milinów, by zacząć nad tym myśleć. Zbliżone zasady można stosować nawet wtedy, gdy mamy do dyspozycji 10 tys. zł. – każdą kwotą nalezy zarządzać rozsądnie.
Badania również przeczą mitom o „klątwie milionera”. Większość zwycięzców z czasem odczuwa realną poprawę jakości życia – mają większe poczucie bezpieczeństwa, inwestują w siebie, w relacje i rozwój. Częściej deklarują wyższy poziom szczęścia niż przed wygraną, bo zyskują nie tylko pieniądze, ale też spokój i czas.
Całkiem inną kwestią jest to, czy w ogóle warto grać – prawdopodobieństwo trafienia głównej wygranej jest znikome. Na szczęście, wolność finansową można osiągnąć także bez losu w Lotto – wystarczy regularnie inwestować, odkładać część dochodów i uzbroić się w cierpliwość, bo to właśnie czas i konsekwencja są największymi sprzymierzeńcami inwestora.
—————————————————————–
Na co zwrócić uwagę po przeczytaniu tego artykułu?
– Artykuł nie jest rekomendacją inwestycyjną.
– Historyczne wyniki inwestycji nigdy nie są gwarancją przyszłych zwrotów.
– Inwestycje na rynkach kapitałowych są zawsze ryzykowne.
– Portu nie gwarantuje osiągnięcia zysków z inwestycji na rynkach kapitałowych.
– Nie jesteś pewien, jaki profil ryzyka jest dla Ciebie odpowiedni lub czy np. inwestowanie tematyczne jest dla Ciebie? Wypełnij naszą ankietę inwestycyjną, by to sprawdzić.
Andrzej jest analitykiem rynków finansowych w Portu, licencjonowanym Doradcą Inwestycyjnym oraz zwolennikiem pasywnego inwestowania. Specjalizuje się w analizie rynków oraz tworzeniu materiałów edukacyjnych z zakresu inwestycji i finansów, które pomagają inwestorom lepiej zrozumieć świat finansów. Interesuje się również geopolityką i ekonomią. Poza pracą gra na perkusji w zespole muzycznym i uwielbia spędzać czas w górach.
Na co zwrócić uwagę po przeczytaniu artykułu?
– Artykuł nie jest rekomendacją inwestycyjną, a Portu nie świadczy usługi doradztwa inwestycyjnego.– Historyczne wyniki inwestycji nigdy nie są gwarancją przyszłych zysków.– Inwestycje na rynkach kapitałowych są zawsze ryzykowne.– Portu nie gwarantuje osiągnięcia zysków z inwestycji.– Nie jesteś pewien, jaki profil ryzyka jest dla Ciebie odpowiedni? Wypełnij naszą ankietę inwestycyjną, by to sprawdzić.– Niniejszy artykuł jest materiałem marketingowym.
