Wyobraź sobie, że znasz dokładne daty wszystkich giełdowych dołków między kolejnymi szczytami i możesz kupować akcje właśnie w tych idealnych momentach. Masz do wyboru tylko jedną z dwóch strategii – inwestować regularnie co miesiąc albo gromadzić kapitał i wchodzić na rynek wyłącznie w dołkach. Co byś wybrał. Większość z nas intuicyjnie odpowie, że oczywiście w dołkach, ale odpowiedź wcale nie jest tak oczywista, jak się wydaje. Każdy inwestor zna ten wewnętrzny opór przed kupowaniem, gdy indeksy biją rekordy i to uczucie, że może lepiej poczekać na spadki, by zainwestować większą kwotę w lepszym momencie. W tym artykule sprawdzimy, jak regularne inwestowanie wypada w porównaniu ze strategią opartą na niemal nadludzkiej umiejętności przewidywania dołków.
Profil obu strategii
Strategia DCA, czyli Dollar-Cost Averaging, polega na inwestowaniu określonej sumy pieniędzy w stałych odstępach czasu, niezależnie od aktualnej sytuacji na rynku. DCA pozwala uśredniać ceny i ograniczać wpływ zmienności. Szerzej opisaliśmy tę metodę na naszym blogu, więc jeśli ktoś chce zgłębić temat, zapraszamy do lektury. W praktyce każdy, kto inwestuje regularnie część swojej wypłaty, stosuje zasadę uśredniania ceny.
Warto dodać, że w literaturze DCA często oznacza rozłożenie w czasie jednorazowej kwoty. Na przykład osoba, która otrzymuje dużą premię, zamiast inwestować całość od razu, rozbija tę inwestycję na kilka mniejszych części i realizuje je w określonych odstępach. W tym artykule, używając określenia DCA, mamy jednak na myśli regularne, systematyczne inwestowanie.
Nie każdemu odpowiada takie podejście, ponieważ oznacza ono, że będziemy kupować również wtedy, gdy rynek znajduje się na szczytach. Wielu inwestorów woli inwestować tylko wtedy, gdy rynki są w korekcie. Ta strategia, zwana „kupowaniem dołków”, opiera się na gromadzeniu gotówki i inwestowaniu dopiero wtedy, gdy rynek spadnie o określony procent. Jej celem jest unikanie zakupów na szczytach i wykorzystanie momentów paniki do tańszych wejść na rynek. Im bardziej restrykcyjne założenia przyjmiemy, tym rzadziej będziemy dokonywać zakupów. Przykładowo, jeśli uznamy, że kupujemy dopiero po spadku o 10%, transakcji będzie niewiele. Przy progu 5% będą one występować znacznie częściej. W przypadku dużych przecen, na przykład 20%, inwestorzy mogą czekać długimi latami, trzymając kapitał w gotówce.
Porównanie strategii na podstawie danych historycznych i symulacji
Przejdźmy teraz do porównania obu strategii. W ostatnich latach powstało wiele analiz i symulacji, które zestawiają ze sobą opisane wcześniej podejścia do inwestowania. Warto wspomnieć, że niektóre z nich zakładały od inwestorów niemal nadludzką umiejętność przewidywania przyszłości. Mimo nierealnych założeń pozwalały jednak zobaczyć, jaką teoretyczną maksymalną przewagę można byłoby osiągnąć, stosując daną strategię.
Regularne inwestowanie vs. perfekcyjne „kupowanie dołków”
Pierwszą z nierealnych do odwzorowania przez zwykłego inwestora strategii jest idealne „kupowanie dołków” między kolejnymi szczytami cyklu giełdowego. Analityk Nick Maggiulli przeprowadził symulację, którą przewrotnie nazwał Even God Couldn’t Beat DCA, czyli w wolnym tłumaczeniu „Nawet Bóg nie pokonałby strategii DCA”.
Maggiulli porównał dwie metody w różnych czterdziestoletnich okresach, np. w latach 1920-1960, 1930-1970 aż po 1979-2019. Zestawił strategię DCA ze strategią buy the dip. Pierwszą mógł stosować każdy inwestor, druga wymagała boskiej mocy pozwalającej kupować dokładnie na samym dnie między dwoma szczytami. Ten idealny timing pokazywał, gdzie leży teoretyczna granica przewagi wynikającej z kupowania wyłącznie w dołkach. Założenie było proste – raz kupione akcje były trzymane są przez cały okres inwestycji.
Wyniki tej analizy okazały się zaskakujące. W ponad 70% badanych przypadków lepiej wypadało zwykłe, regularne DCA. Systematyczne, comiesięczne inwestowanie dawało większe szanse na sukces niż nawet perfekcyjna znajomość dat giełdowych dołków.
Strategia „kupowania dołków” przynosiła lepsze efekty tylko w okresach bardzo głębokich bess. Wtedy inwestor gromadził gotówkę, a po załamaniu rynku mógł wejść z dużą kwotą, co poprawiało wynik względem klasycznego DCA. Przykładem takiego okresu są lata 1928–1957. Wielki krach z lat 1929–1932 sprawił, że strategia zainwestowała wszystko w czerwcu 1932 roku, dokładnie na dnie rynku, a ten jeden zakup przez kolejne 25 lat urósł czterdziestokrotnie.
W większości przypadków jednak rynek po prostu rósł, a inwestor czekający na okazję zostawał z gotówką na koncie, podczas gdy DCA spokojnie budowało majątek. Co więcej, wystarczyło spóźnić się z zakupem o zaledwie dwa miesiące względem absolutnego dna, by cała przewaga znikała – w 97% przypadków strategia buy the dip przegrywała wtedy z DCA.
Nawet niemal wszechwiedzący inwestor miałby więc problem, by pobić regularne inwestowanie. Im dłużej trzymamy gotówkę poza rynkiem, tym więcej potencjalnych zysków przepływa nam przez palce.
Wnioski z analizy Schwaba – timing kontra regularne inwestowanie
Charles R. Schwab, znany jako „ojciec demokratyzacji inwestowania”, postanowił sprawdzić, jak naprawdę działa magia timingu. W swoim badaniu porównał pięć fikcyjnych strategii inwestorów, którzy co roku – w latach 2005-2024 – mieli do dyspozycji pewną kwotę, np. premię roczną w wysokości 2 tys. dolarów. W przeciwieństwie do badania Maggiulliego, gdzie inwestor kupował wyłącznie w najgłębszych dołkach między dwoma szczytami – czasem przez wiele lat w ogóle nie dokonując żadnych zakupów – w analizie Schwaba inwestycje następowały co roku, zawsze w najniższym punkcie. Oznacza to, że zakupy były bardziej regularne, choć wciąż dokonywane po najlepszych możliwych cenach.
W eksperymencie pojawił się Piotr Perfekcyjny – zawsze trafiał idealnie w roczne dno rynku. Była też Ania Aktywna, która inwestowała wszystko pierwszego dnia roku („inwestuj od razu”), Mateusz Miesięczny, dzielący kwotę na 12 części i inwestujący co miesiąc (czyli klasyczne DCA), Róża Pechowa – ta z kolei zawsze kupowała na samym szczycie, oraz Leszek Leniwy, który nie inwestował wcale, trzymając pieniądze w bezpiecznych bonach skarbowych, w oczekiwaniu na „lepszy moment”.
Po 20 latach liderem został Piotr – jego portfel był wart ok. 186 tys. USD. Ale zaledwie krok za nim znalazła się Ania (170,5 tys. USD, tylko 8% mniej), a tuż dalej Mateusz z DCA (166,6 tys. USD). Strategia „inwestuj od razu” wyprzedziła DCA głównie dlatego, że pieniądze szybciej trafiły na rynek i dłużej pracowały. Gdyby jednak porównać ją z podejściem „odkładaj pieniądze przez rok i zainwestuj później”, DCA znów wychodziłoby zwycięsko.
Róża, mimo że zawsze kupowała na szczytach, zakończyła z wynikiem 151 tys. USD – czyli wciąż ponad trzykrotnie lepiej niż Leszek, który przez dwie dekady trzymał gotówkę w bezpiecznych bonach skarbowych. Jego wynik (zaledwie 47 tys. USD) pokazuje paradoks inwestowania – nawet fatalny timing jest lepszy niż brak inwestowania.
Badanie obejmujące osiemdziesiąt różnych dwudziestoletnich okresów od 1926 roku przyniosło podobne rezultaty. Najlepiej wypadał nierealistyczny perfekcyjny timing, potem strategia inwestowania od razu, następnie DCA, dalej zły timing i na końcu brak inwestycji.
Analiza Portu
W Portu również przeprowadziliśmy własną analizę. Różni się ona od dwóch poprzednich tym, że każdy inwestor mógłby ją w praktyce powtórzyć. Badania Maggiulliego i Schwaba wymagały bowiem posiadania szklanej kuli. Nasze podejście było znacznie prostsze. Oprócz regularnych miesięcznych wpłat porównaliśmy kilka strategii – systematyczne odkładanie co miesiąc, gromadzenie oszczędności przez cały rok i jednorazowy zakup na jego końcu oraz dwa warianty łapania dołków, gdy indeks S&P 500 spadał w danym miesiącu o co najmniej 5 lub 10%. W tych scenariuszach inwestycja następowała na początku kolejnego miesiąca, czyli po większej przecenie rynku. Dzięki temu można było kupować ETF-y taniej i wykorzystać spadki jako okazję inwestycyjną.
Inwestując regularnie po 500 zł miesięcznie od połowy 2005 roku, można było do końca września 2025 roku zgromadzić około 483 tys. zł po przeliczeniu na złote, przy łącznych wpłatach wynoszących 121 tys. zł. To dobrze pokazuje, jaką siłę ma systematyczność. Gdyby jednak odkładać te same kwoty przez cały rok i inwestować je jednorazowo na jego końcu, wartość portfela wyniosłaby około 470 tys. zł.
Strategia polegająca na zakupach po miesięcznych spadkach S&P 500 o co najmniej 5% obejmowała 28 transakcji i zakończyła się wynikiem około 464 tys. zł, z czego 461 tys. zł przypadało na akcje, a 3 tys. zł pozostawało w gotówce. W wersji bardziej ostrożnej, opartej na inwestowaniu po miesięcznych spadkach co najmniej 10%, portfel osiągnął wartość około 383 tys. zł, w tym 350 tys. zł w akcjach i 33 tys. zł w gotówce. Oznacza to wynik gorszy o blisko 100 tys. zł w porównaniu z regularnym inwestowaniem.
Przyczyną słabszego wyniku była długotrwała bezczynność gotówki, która przez większość czasu nie pracowała na rynku. Większe zakupy miały miejsce jedynie w listopadzie 2008, marcu 2009 i kwietniu 2020 roku. Strategia czekania na spadki wypadła niemal najgorzej, ustępując tylko trzymaniu wszystkich środków w gotówce.
Wnioski z badań
Z wszystkich analiz wynika, że czekanie na idealny moment po prostu się nie opłaca. Najlepsze efekty przynosiło inwestowanie od razu, gdy tylko pojawiała się gotówka. Regularne inwestowanie sprawdzało się najlepiej, bo pieniądze przez cały czas pracowały na rynku. Strategie oparte na łapaniu spadków dawały zazwyczaj gorsze rezultaty (pomijając zakup w każdym roku po najniższej możliwej cenie), ponieważ kapitał zbyt długo leżał bezczynnie. Wnioski są proste – zamiast próbować przewidywać rynek, lepiej działać systematycznie i zacząć inwestować jak najszybciej, oczywiście po wcześniejszym zbudowaniu finansowej poduszki bezpieczeństwa, która daje spokój w razie nieprzewidzianych wydatków.
Dlaczego regularne inwestowanie pasywne wygrywa z łapaniem dołków – nie tylko w liczbach, ale i w głowie
Psychologia ma ogromny wpływ na wyniki inwestycyjne, często większy niż sama strategia. Nawet najlepszy plan traci sens, jeśli inwestor ulegnie emocjom i nie potrafi się go trzymać. Regularne inwestowanie pasywne działa na korzyść psychiki, ponieważ wprowadza rutynę i eliminuje potrzebę ciągłego analizowania rynku. Wystarczy raz podjąć decyzję, że co miesiąc inwestujemy określoną kwotę i po prostu konsekwentnie to robimy. Taki schemat zmniejsza stres, ogranicza wątpliwości i pozwala oderwać się od codziennych wahań indeksów. Dzięki temu inwestor nie reaguje impulsywnie na chwilowe spadki i rzadziej popełnia kosztowne błędy. Co więcej, gdy już pojawią się spadki, kupowanie tańszych jednostek w tym czasie daje dodatkowy komfort psychiczny i satysfakcję, gdy rynek zaczyna odbijać.
Strategia czekania na dołki jest znacznie bardziej obciążająca emocjonalnie. Wymaga podejmowania decyzji w warunkach niepewności, a to rodzi stres i frustrację. Gdy rynek rośnie, inwestor z gotówką żałuje, że nie zainwestował wcześniej. Kiedy pojawiają się spadki, trudno określić, czy to już okazja, czy dopiero początek większej przeceny. W czasie silnych zawirowań dominują negatywne emocje, a wielu inwestorów zaczyna wątpić, że rynek kiedykolwiek się odbije. W efekcie decyzje są odkładane, a najlepsze momenty na zakup mijają.
Długie okresy wzrostów wzmacniają żal z powodu przegapionych zysków i prowokują pochopne wejścia na rynek w najmniej odpowiednim momencie. Często kończy się to kupnem tuż przed korektą i sprzedażą w panice, gdy ceny spadają. Taka huśtawka emocjonalna prowadzi do błędów i skłania do spekulacji zamiast inwestowania.
Regularne inwestowanie pozwala ograniczyć te pułapki, bo usuwa emocje z procesu decyzyjnego. Z kolei strategia kupowania dołków wymaga ogromnej odporności psychicznej i umiejętności działania wbrew większości, co udaje się tylko nielicznym.
Podsumowanie
Dane, psychologia i zdrowy rozsądek prowadzą do jednego wniosku – regularne inwestowanie daje większe szanse na sukces niż czekanie na idealny moment. Rynek nagradza czas spędzony na rynku, a nie próby zgadnięcia, kiedy kupić najtaniej. Czekanie na spadki często kończy się bezczynnością i utraconymi zyskami, podczas gdy systematyczne wpłaty pozwalają spokojnie budować kapitał. Kluczem nie jest perfekcyjny timing, lecz konsekwencja, cierpliwość i trzymanie się planu.
—————————————————————–
Na co zwrócić uwagę po przeczytaniu artykułu?
– Artykuł nie jest rekomendacją inwestycyjną, a Portu nie świadczy usługi doradztwa inwestycyjnego.
– Historyczne wyniki inwestycji nigdy nie są gwarancją przyszłych zysków.
– Inwestycje na rynkach kapitałowych są zawsze ryzykowne.
– Portu nie gwarantuje osiągnięcia zysków z inwestycji.
– Nie jesteś pewien, jaki profil ryzyka jest dla Ciebie odpowiedni? Wypełnij naszą ankietę inwestycyjną, by to sprawdzić.
– Niniejszy artykuł jest materiałem marketingowym.
Andrzej jest analitykiem rynków finansowych w Portu, licencjonowanym Doradcą Inwestycyjnym oraz zwolennikiem pasywnego inwestowania. Specjalizuje się w analizie rynków oraz tworzeniu materiałów edukacyjnych z zakresu inwestycji i finansów, które pomagają inwestorom lepiej zrozumieć świat finansów. Interesuje się również geopolityką i ekonomią. Poza pracą gra na perkusji w zespole muzycznym i uwielbia spędzać czas w górach.
Na co zwrócić uwagę po przeczytaniu artykułu?
– Artykuł nie jest rekomendacją inwestycyjną, a Portu nie świadczy usługi doradztwa inwestycyjnego.– Historyczne wyniki inwestycji nigdy nie są gwarancją przyszłych zysków.– Inwestycje na rynkach kapitałowych są zawsze ryzykowne.– Portu nie gwarantuje osiągnięcia zysków z inwestycji.– Nie jesteś pewien, jaki profil ryzyka jest dla Ciebie odpowiedni? Wypełnij naszą ankietę inwestycyjną, by to sprawdzić.– Niniejszy artykuł jest materiałem marketingowym.
